Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

April 11 2017

22:50

dlaczego poezja

Wracam do blogowania po półrocznej przerwie, ale już w innym stylu. Wcześniej zakończyłam opisywanie swojego życia w internecie dosyć nagle. Pewnego dnia uznałam, że nie mam czasu ani ochoty rozpisywać się o moich uczuciach, myślach i tego co dzisiaj robiłam. I właśnie z tej przyczyny chciałabym ostatni wpis oddzielić grubą krechą i zabrać się za coś z innej beczki, co w pewnym rodzaju pozwoli mi rozpisywać się na rozmaite tematy, ale nie będą to "rozterki miłosne" czy użalanie się nad szkołą i jedynką z biologi. W pewnym sensie jestem z siebie dumna, ze nie mam ochoty na takie zagrywki, które z perspektywy czasu wydają się zwyczajnie głupie, ale nie skreślam tych postów, nie usuwam, są pamiątka i sentymentem. Ale pora na coś nowego :) 

Doszłam do wniosku, że najlepszym sposobem byłoby zadanie pytania na dany temat do samej siebie i rozpisanie się w związku z tym. Już ponad tydzień temu zaczęłam pisać o poezji, ponieważ zainteresowałam się nią bardzo ostatnimi czasy, dlatego zapraszam :) 

Nigdy nie podejrzewałam, że kiedykolwiek, a przynajmniej w najbliższej przyszłości sięgnę po tyle zabytków polskiej kultury, stworzonej przez najwybitniejszych polskich poetów. Mogę zaryzykować stwierdzeniem, że nawet do dzisiaj nie mam pojęcia o większości z nich i chyba rzeczywiście tak jest. W nocnym czytaniu poezji, przy całkowicie zgaszonym świetle z latarką w ręce w cieplutkim łóżku nie mam tak naprawdę doświadczenia i wprawy, siedzę w tym całkiem od niedawna, ale wydaje mi się, a wręcz jestem przekonana, że pozostanę już na bardzo długo, może i nawet na zawsze. Teraz chciałabym zacząć zupełnie od początku mojej przygody z poezją. Jak, kiedy i w jaki sposób pojawiła ona się w moim życiu i czy był to zwykły przypadek czy wręcz przeciwnie, została ona celowo podsunięta mi pod rękę, jak szansa, która trafia się raz na życie i tylko ode mnie zależy czy z niej skorzystam, czy ją zmarnuję. Czy wykorzystałam tę szansę, czy może pozwoliłam jej uciec, jestem w stanie dowiedzieć się dopiero za kilka miesięcy, a nawet lat, wraz z pozytywnymi skutkami jak i tymi negatywnymi. 
Powtórzę jeszcze raz, aby nie było jakichkolwiek niedomówień, dopiero zaczynam się zagłębiać w tajniki i szczegóły wierszy, nie wszystko do końca umiem poprawnie zinterpretować, może nie rozumiem wszystkiego tak jak powinnam, ale na pewno na swój własny, oryginalny sposób. A chyba to jest najważniejsze, prawda? Za pół roku być może wyśmieję samą siebie, czytając to co teraz staram się ubrać w jak najlepsze i najmądrzejsze słowa, ale od czegoś muszę zacząć i właśnie zaczynam od wyjaśnienia i zobrazowania moich przeżyć, uczuć i refleksji. 

Kilka dni przed rozpoczęciem ferii zimowych 2014 roku rozchorowałam się i postanowiłam zostać te ostatnie dni w domu, aby się pod kurować i być zdrową w czasie wolnego. Już wcześniej naszła mnie ochota na czytanie kryminałów, zaczęłam je pochłaniać w ekspresowym tempie i nieszczęście sprawiło, że akurat w trakcie choroby nie miałam nic sensownego (przynajmniej wtedy tak myślałam) pod ręką, ani możliwości udania się do biblioteki. Totalnie zdesperowana i znudzona kilkudniowym leżeniem w łóżku i gapieniem się w sufit zaczęłam najzwyczajniej w świecie szperać po szafkach, szukając czegoś godnego zainteresowania. Los chciał, że natrafiłam na poezję Z.Herberta. Szczerze przyznam, że początkowo potraktowałam ten tomik bardzo sceptycznie, z drwiną. Nigdy nie byłam zainteresowana poezją i nie przyszłoby mi przez myśl, że powrócę do czasów moich rodziców, którzy tak naprawdę wychowali się na tych wierszach. Uważałam to za stare, przeterminowane i niemodne, kompletnie nie w moim stylu. Na moje szczęście szybciutko zmieniłam zdanie, które z perspektywy tego miesiąca, a więc mimo wszystko bardzo krótkiego czasu, okazało się błędne. A więc wzięłam ten tomik, położyłam się wieczorem w łóżku i zaczęłam się zagłębiać. Nawet nie zauważyłam jak szybko mijała jedna godzina za drugą i cały tomik został przeczytany. Powiem szczerze, że byłam tym faktem bardzo a to bardzo zaskoczona, nigdy wcześniej nie przyszło mi czytanie wierszy z mojej własnej woli i to z taką szybkością i lekkością. Już od pierwszych wersów wręcz zakochałam się w niektórych wierszach, które do tej pory pozostały moimi ulubionymi. Szczególnie moją uwagę przykuł "Raport z oblężonego miasta", będący wierszem, który mogę czytać bez przerwy, dzień w dzień, a zachwycać się nim jakbym czytała go po raz pierwszy.
Jeden mały tomik Herberta, przeczytany całkowicie niechcący, sprawił, że zaczęłam się doszukiwać innych dzieł jego, jak i zarówno innych poetów. Najzwyczajniej w świecie poszłam do biblioteki, znalazłam dział z poezją polską i zaczęłam przeglądać, wertować i dopatrywać się coraz to większej ilości tomów poezji. Na sam początek, zachwycona fenomenem Herberta wybrałam jego kolejny egzemplarz. Jak się później okazało, znalazłam w nim dziesięć razy więcej wierszy godnych uwagi. I mogłabym nadal bez końca wymieniać te przechadzki do biblioteki w poszukiwaniu nowych tomów przeróżnych poetów, te wieczory (choć nie było ich wiele mimo pozorów) z tomem poezji w ręku i ciepłą kawą obok. Wzruszenie, łzy w oczach i to dziwne, nagle pojawiające się uczucie po przeczytaniu wszystkich wierszy, kiedy nie masz pojęcia co ze sobą zrobić. Masz ochotę płakać, bo jesteś smutny, a czasami przygnębiony fenomenem i doskonałością poetów, którzy perfekcyjnie ubierają w słowa swoje własne przeżycia z czasów wojny, a zarazem smutek, rozdrażnienie, honor i patriotyzm. Wszystko to czego Ty, zwykły szary człowiek na tle ideałów nie zrobiłbyś nigdy, i właśnie dlatego tak bardzo się nimi zachwycasz, bo wiesz, że są najlepsi i niepowtarzalni, nie zdołałbyś ich pokonać niezliczona ilością słów, nikt by nie zdołał. Nasuwa się jeszcze jedno pytanie, jak ktokolwiek mógł być takim istnym mistrzem słowa? Żeby w kilku wersach zamieścić cały swój bagaż życiowy, którym przede wszystkim jest widok wojny sprzed kilkudziesięciu lat. Żeby w tych kilku, krótkich, z pozoru prostych linijkach tekstu doprowadzić czytelnika do...płaczu, refleksji nad własnym życiem i losem? Przyczynić się do tego, że nie możemy spać po nocach, przewracając się z boku na bok z myślą o przeczytanym wierszu godzinę temu, nie potrafiąc się skoncentrować przez najbliższy tydzień, a najpotrzebniejsze rzeczy i najwyższe wartości zastępować coraz bardziej intensywnym pragnieniem rozkoszowania się poezją. I w końcu - aby sprawić, że w nas - czytelnikach pewne zdania, a czasami nawet pojedyncze słowa staną się wskazówką na dalsze życie, inspiracją do poczynienia kolejnych kroków, a nawet odmienią i ubarwią nasz świat, zostaną na zawsze w naszej pamięci.

Aktualnie jestem na etapie rozkoszowania się liryką Różewicza, która mnie inspiruje nie mniej niż Herbert, zapamiętany przeze mnie szczególnie, dlatego, że to właśnie jego twórczość była tą pierwszą, która trafiła do moich rąk i pociągnęła za sobą chęć poznawania liryki pozostałych poetów. Myślę, że takie pierwsze całkiem niecelowo napotkane sprawy, służą nam jako wzór, do podążania dalej tą drogą, na którą zboczyliśmy. Jeżeli dotyczy to poezji, jest to strzał w dziesiątkę, istnieje przecież tyle zalet, wskazówek w pozornych kilku drobnych wersach.

22:50

dlaczego rock

Muzykę rock uznałam za kolejny interesujący temat, o którym mogłabym się rozpisać, ponieważ jest o wiele dłużej ze mną niż w poprzedniej "opowieści" poezja. Znowu zaryzykuję i opiszę, gdzie moje zamiłowanie do staruszków z lat 70 i 80 miało swój początek. 
Odkąd pamiętam w moim domu tato zawsze, że tak się wyrażę 'katował" mnie tą muzyką, czemu nie można się ani trochę dziwić. W końcu wychował się na niej, w ciągu całego swojego życia ma na koncie niezliczoną ilość przeżytych koncertów, tysiące płyt wychodzących z szafek, półek i szuflad. Najlepsze jest, to że ta muzyka potrafi przysłonić cały świat, kompletnie usidlić na bardzo długi czas, a Ty i tak się nie zorientujesz. To dopiero wychodzi po czasie, długim czasie. Właśnie ze mną stało się dokładnie tak, ale o tym później. Miałam zachować chronologię. Cóż, tak jak zaczęłam tato od zawsze pokazywał mi te popularnie dzisiaj zwane 'starocie', ale ja nigdy nie byłam tym zainteresowana. Ba, co więcej potrafiłam krzyczeć wniebogłosy, żeby to wyłączył i nigdy więcej nie ważył się tego słuchać. Tato najwyraźniej rozbawiony tymi sytuacjami śmiał się i mówił, że jeszcze kiedyś powrócę do tych utworów, z czego ja wtedy kompletnie kpiłam i byłam przekonana, ze to nie nastąpi (byłam wtedy na etapie hanny montany, także rozumiecie...). 

Do (jak ja to aktualnie nazywam) prawdziwej muzyki przekonałam się, a raczej dojrzałam w gimnazjum. Ku mojemu zmartwieniu, DOPIERO W GIMNAZJUM, przecież straciłam tyle lat, prawda? Jednak żeby sprostować - dojrzewanie nie dzieje się ot tak, to złożony proces, który jest w stanie trwać bardzo długo, ma na niego wpływ wiele czynników, nastawienie, to w jakim środowisku się obracamy, czy jesteśmy czymś zainteresowani, czy nie, więc jak się domyślacie mi również nie szło to szybko.
O ile dobrze pamiętam na początku drugiej gimnazjum całkiem przez przypadek, nieumyślnie znalazłam zespół Nightwish, grający metal z połączeniem a'la "opery", chórku, co daje wydźwięk niezwykle specyficznej muzyki. Zamykasz oczy i widzisz wielkie przedstawienie, postacie w maskach, jeden wielki cyrk. Dokładnie przypominam sobie, że pierwszą piosenką poznaną przeze mnie była "Angels Fall First" (klik), kompletnie nie przypominająca mocnych dźwięków, dlatego nie wiedziałam, ze to właśnie w takich barwach ten zespół gustuję. O wszystkim dowiedziałam się później, oczywiście sama z siebie, zaczęłam wyszukiwać coraz to więcej piosenek i z każdą nową przesłuchaną jeszcze bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że kocham ten zespół. 
Poszłam śladem tego zespołu, tej muzyki i z każdym dniem zakochiwałam się w co nowszych utworach. A to ktoś udostępnił coś na facebooku, a to gdzieś usłyszałam, a przede wszystkim sama zaczęłam się domagać, wręcz łaknąć tych dźwięków. Później przyszedł czas na The Police, to było na przełomie 2012/13 roku w zimie, gdy już drugi raz niby przypadkowo natknęłam się na "Every Breath You Take" (klik). Do tej pory nie wierzę, że podczas pierwszych dźwięków, stwierdziłam, że znam ten utwór "nigdy mi się nie podobał, ale trudno, nie mam czego słuchać, to zobaczę". No i stało się, po pierwszym przesłuchaniu nie słuchałam niczego innego przez kolejne 3 miesiące. Może dla was to nic, ale dla mnie to jest niesamowite uczucie, że dzień w dzień, od rana do wieczora, przy zasłoniętych roletach i zgaszonym świetle przez pięć godzin leci jedna i ta sama piosenka w kółko, a Ty modlisz się tylko, żeby nie zasnąć, bo pragniesz rozkoszować się tymi dźwiękami już na zawsze.
Drugimi z rzędu byli Guns n' Roses, gdzie po raz kolejny dałam się wkręcić na kolejne kilka miesięcy gwałcenia przycisku raplay przy "Don't Cry(klik). Następnie nadeszła kolej na Scorpionsow, U2, Nirvanę, Aerosmith, Metallicę, Queen, Rollingstonsów a jeszcze później Europe, Deep Purple, Whitesnake i mogłabym tak wymieniać bez końca, ale to bez sensu, ponieważ scenariusz zawsze był ten sam, w każdym przypadku, bez wyjątku. Dopiero wtedy odkryłam, że codziennie przesłuchuję po tysiąc razy, aż do odpadnięcia uszów, utworów wręcz ubóstwianych przez moich rodziców. To było nowe doznanie i wyjątkowe uczucie, kiedy po 15 latach odczuwasz potrzebę siedzenia z rodzicami w jednym pokoju i wsłuchiwania się w znajome dźwięki. Powiem, że nadal mam taką potrzebę, a mój tato jest akurat w tym niezawodny, to po prostu piękne, jak człowiek potrafi pokochać to aż do takiego stopnia, że całe życie zamierza spędzić właśnie z tą a nie inną muzyką. Ja też zamierzam. Bo wiem, że nigdy w życiu, za żadne skarby świata, nic lepszego nie poznam, nie usłyszę. 

Te początki poznawania staruszków z lat 70 były dla mnie czymś niesamowitym, pierwszy raz spotkałam się aż z takim zapałem do odkrywania dzieł stworzonych aż 40 lat temu, do odkrywania dzieł, które każdy przeciętny człowiek znał. Ale ja nie znałam. I na samą myśl, że wreszcie skosztowałam najbardziej wartościowej muzyki, rozpierała mnie duma. Tak, byłam dumna, że pośród 13 latek zachwyconymi Miley Cyrus mogę szczycić się posiadaniem sto razy bardziej wykwintnego gustu muzycznego, o którym innym nawet się nie śniło. Przecież ludzie nadal mają bzika na punkcie tych wszystkich starych kompozycji, ta muzyka nigdy nie umrze. I to jest w tym wszystkim najlepsze, że obecnie może powstać milion remiksów dubstepowych a tego co powstało 40 lat temu, nikt już nie wróci. Nie da się cofnąć do tamtych czasów i przenieść ich do teraźniejszości, te wszystkie rockowe koncerty, ten szał jak tworzono te wszystkie utwory jest niepowtarzalny. Ja również przez te 3 lata straciłam głowę dla tych wszystkich piosenek. Były zawsze ze mną, kiedy było mi źle, gdy nie umiał nikt pocieszyć i wyciągnąć pomocnej dłoni, były ze mną wszędzie. W domu, w autobusie, na ulicy, w szkole, potrafiłam cieszyć się, a zarazem płakać razem z nimi ze szczęścia i ze smutku. Przyznam szczerze, że chyba nikt w historii nie napisał bardziej wartościowych tekstów niż Ci autorzy i wokaliści. Oni nie mogą być nawet przyrównani do współczesnych artystów, ponieważ nie da się porównywać fenomenu przesłania tekstów połączonych z kompozycją muzyki, każdy dźwięk ze sobą współgra i jest na wagę złota. Dlatego faktycznie jestem zachwycona tą starą twórczością, ponieważ aktualnie spotkanie czegoś równie godnego zainteresowania, co przykuję moją uwagę i pozwoli równać się z tamtą działalnością jest rzeczą prawie niemożliwą. W pewnym sensie jest to przykre, że ominęło mnie tyle radości z chodzenia na koncerty zespołów, które obecnie w większości już nie istnieją, bo prawda jest taka, że poznałam tylko cząstkę tej euforii i nigdy na własnej skórze nie odczuję jak 30 lat temu wyglądało życie.

Pusto mi w tych notkach bez zdjęć, przyzwyczaiłam się do ich ogromnej ilości, więc dodaję jak kiedyś
22:49

dlaczego czas honoru


"Czas Honoru" zapewne znany większości z nas, a jeżeli nie to powiem wam, że jest to serial wyprodukowany w Polsce, który opowiada o losach, cierpieniu i walce głównych bohaterów wraz z ich rodzinami podczas II wojny światowej. Ukazało się do tej pory aż 6 serii tego serialu, produkowanych przez kilka lat, o których jeszcze rok temu nie miałam najmniejszego pojęcia, a dowiedziałam się całkiem przez przypadek. Jednak najpierw chyba powiem, dlaczego właśnie ta produkcja a nie inna stała się moją ulubioną i jak to się wszystko zaczęło. 
Zawsze jedyną rzeczą, którą oglądałam to filmy o rozmaitej treści albo głupie programy w telewizji, przed którą swojego czasu potrafiłam zalegać dosyć długo, nawet jeśli nie znalazłam nic godnego zainteresowania, a zazwyczaj właśnie tak się działo. Nigdy nie byłam pochłonięta żadnymi serialami, a mimo to nie było dnia, w którym nie usłyszałabym czegoś na ich temat, co mnie ani trochę nie dziwiło, bo chyba większość osób je ogląda, a jeśli nie to zapewne wie jak bardzo stały się popularne wśród ludzi. Mnie jednak nie interesowały miłosne perypetie i "wielkie" problemy, pokazywane praktycznie w każdej tego rodzaju produkcji, wydawało mi się to zwyczajnie monotonne i banalne i choćbym nie wiadomo jak bardzo była znudzona, nigdy do nich nie sięgnęłam.

"Czas Honoru" został przeze mnie w podobny sposób oceniony, choć miałam świadomość, że pod pewnymi względami jest odmienny od pozostałych. Tylko jeszcze wtedy nie wiedziałam jak bardzo się różni. Teraz historia znowu sprowadza się do moich rodziców, którzy jak widać poniekąd wpłynęli na większość rzeczy, w których aktualnie jestem zakochana po uszy. Zatem odkąd pamiętam moi rodzice co tydzień podczas niedzielnych wieczorów oglądali właśnie ten serial, nawet zachęcali mnie do wspólnego spędzenia czasu z nimi, ale ja kategorycznie odmawiałam. Szczerze mówiąc do Czasu Honoru byłam wyjątkowo negatywnie nastawiona, ale nie mam zielonego pojęcia skąd taka wręcz nienawiść i przekonanie się we mnie brało że to kolejny słaby serial, na którego nie zamierzam tracić czasu. A prawda była taka, że jeszcze bardziej go marnowałam, chociażby siedząc na facebooku albo gapiąc się w sufit, ale najwyraźniej jeszcze wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Pamiętam jak zawsze mama z tatą powtarzali mi, że "nie powinno oceniać się książki po okładce", a poza tym mówili, że można wynieść z tego serialu wiele wiadomości, które chociażby na historii mi się na pewno przydadzą. Jak się spodziewacie, żadne argumenty nie trafiały do mnie i do tej pory zastanawiam się, dlaczego? Naprawdę nie wiem, z jakiej przyczyny tak powierzchownie oceniałam nie tylko Czas Honoru, ale wiele pozostałych rzeczy, które obecnie mają dla mnie ogromną wartość i tak naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić co by było gdybym się do nich nie przekonała, albo gdyby mogło ich nagle zabraknąć. Identyczna sytuacja była z moim aktualnie ulubionym gatunkiem muzyki, na którym skupiłam się w mojej poprzedniej notce. Zatem teraz pozostało mi tylko wyciąganie wniosków i stwierdzenie, że byłam wyjątkowo ograniczonym i nastawionym na "nie" wobec wszystkiego co mnie otaczało, dzieckiem.

Wracając do tematu, na ten serial natknęłam się nieumyślnie, kiedy mama z tatą zamierzali obejrzeć nowy odcinek lecący w telewizji. Nie wiem co mnie podkusiło, ale musiałam chyba być bardzo zdesperowana, że zgodziłam się im towarzyszyć. Pamiętam, że byłam wtedy w trakcie pisania z przyjaciółką, do której w pewnym momencie napisałam, że kończę rozmowę bo idę oglądać CH. Gdyby nie to zdanie, to prawdopodobnie ominęłaby mnie jedna z najlepszych rzeczy w życiu, dlatego że ta mała informacja wywołała w mojej przyjaciółce niespodziewaną reakcję. Choć było to tylko pisanie z nią, jednak dokładnie dało się zauważyć jej radość, a raczej niedowierzanie w to co przed chwilą przeczytała. Zaczęła opowiadać, że od roku obejrzała wszystkie serie po 4 razy, że przez ten czas jej życie wręcz odmieniło się i nabrało sensu. Mówiła, że koniecznie muszę obejrzeć wszystkie serie, że pod żadnym pozorem nie mogę teraz iść do rodziców i oglądać od końca, bo to wszystko mi zepsuje. Widząc taki nawał samych pozytywnych słów i najszczerszej radości, przyznam, że niesamowicie się zdziwiłam, przeżyłam szok, że jakiś film jest w stanie przysłonić jej życie. Tak naprawdę nie wierzyłam w to do końca, myślałam sobie wtedy, że pewnie pisze mi tak, żeby mnie zachęcić, albo strasznie przesadza z tyloma stwierdzeniami, że "Czas Honoru nadał sens jej życiu". Przecież to nadal brzmi dziwnie, zwłaszcza dla osób, które nie widzą nic ciekawego w takich rzeczach, ale muszę jej przyznać rację, sama tego doświadczyłam. Pierwszym krokiem, który wykonałam było nieposłuchanie się jej i obejrzenie tego odcinka z rodzicami, który faktycznie był dla mnie dosyć ciężki, ponieważ była to ostatnia seria, a ja nie miałam pojęcia o wcześniejszych wydarzeniach. Jednak wystarczyły te pierwsze 45 minut, dzięki którym przekonałam się, że faktycznie jest w tym coś wyjątkowego, coś co odróżnia ten serial od innych. Pierwszą rzeczą, którą dało się zauważyć to oczywiście odmienny klimat i sceneria, ponieważ wszystko jest charakteryzowane na czasy wojny sprzed 70 lat, co daje niesamowity efekt, aż chce się w nieskończoność na to wszystko patrzeć. Już pierwszy odcinek zafascynował mnie do takiego stopnia, że postanawiam według rad mojej przyjaciółki powrócić do samego początku i dowiedzieć się jaka jest główna idea tego serialu i jakie wydarzenia miały wcześniej miejsce.

Moje całe życie w październiku polegało na wytrzymaniu jakimś cudem cały tydzień w szkole, abym na weekend mogła spokojnie usiąść i zafascynowana pochłaniać odcinek za odcinkiem. Ja wiem, że to trudno sobie wyobrazić, że można być zakochanym po uszy z pozoru w zwyczajnym serialu. Ale to właśnie nie był serial jak każdy inny, inaczej nie urzekłby mnie aż do takiego stopnia, że nie pragnęłam niczego innego tylko ciepłej herbaty i przełączania odcinka za odcinkiem. Powtórzę to chyba po raz setny, ale moja przyjaciółka ani trochę się nie pomyliła, co do tego, że jeśli zacznę oglądać to poczuję dokładnie to samo co ona i zrozumiem ją jak to jest nie móc oderwać od Czasu Honoru oczów. Tam wszystko jest idealne, wszystko ze sobą tak znakomicie współgra, aktorzy rewelacyjnie odgrywają role, że nie sposób przerwać oglądania choćby na 5 minut, nie sposób przejść obok tego bez żadnego wzruszenia. To jest coś tak nieprawdopodobnego, że oglądając, jesteś tak cudownie wzruszony, że masz ochotę płakać ze szczęścia z tego co widzisz przed oczami, to jest tak bardzo wartościowa produkcja z jaką nigdy do tej pory się nie spotkałam. Zaryzykuję nawet i powiem, że ten jeden mały polski serial przysłania wszystkie najlepsze amerykańskie filmy, nie może nawet równać się z nimi. Płynie z niego taka ogromna szczerość, która doprowadza, do tego że wierzysz w każde słowo tam powiedziane, każde słowo jest na wagę złota. Jestem stuprocentowo pewna, że ja nigdy nic lepszego w życiu nie oglądałam i już nigdy nie obejrzę, dlatego wydaję mi się poniekąd trochę pozbawione sensu opowiadanie o tym jak rewelacyjnie czuję się podczas oglądania każdego odcinka, w każdej jego minucie. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że w ogóle miałam okazję i szczęście natknąć się na ten serial. I nie będę więcej zanudzać i rozpisywać się na temat wspaniałości tego serialu, już wystarczająco napisałam. Bo tak naprawdę tego nie da się ująć w słowa, to co tutaj napisałam nie odzwierciedla w ani jednym procencie moich uczuć, refleksji. Żadne słowa nie są w stanie tego wyrazić i to bardzo dobrze, dlatego, że nie powinno się tylko o tym czytać, ale po prostu samemu odczuć na własnej skórze.
22:49
Męczy mnie od dłuższego czasu i nie daje spać po nocach myśl, że chciałabym tutaj najzwyczajniej w świecie poruszyć kwestię, która siedzi we mnie niesamowicie głęboko i zanim uda mi się wycedzić kolejne zdania, myślę nad nimi niezmiernie długo, dlatego że nie chcę zepsuć sensu tej wypowiedzi, którą już z góry uznałam za tę najcenniejszą. 
To aż dziwne, że dotychczas nie wpadłam na pomysł opisania, a raczej przybliżenia wam jak i samej sobie wszystkich faktów oraz związanych z nimi emocji na temat poznanej mi z pozoru zwyczajnej osoby, która obecnie z dnia na dzień staje się jeszcze bliższą mi przyjaciółką. O ile mogę ją tak nazwać? Właśnie mam na myśli to, że słysząc słowo przyjaciółka jako pierwsza na myśl przychodzi mi oczywiście Asia, ale mimo to prawdopodobnie nigdy nie będę pewna, czy rzeczywiście mogę jej nadać właśnie to miano? Często poprzez nierozsądne wypowiadanie tego słowa przez wielu ludzi i przypisywanie go każdej nowej napotkanej osobie, pytam samą siebie czy faktycznie można aż tyle osób nazwać przyjacielem?  Bo im częściej słyszę albo nazywam kogoś przyjacielem, boję się, że szastam tym wyrazem na prawo i lewo, boję się, że ten wyraz straci wtedy na wartości i znaczeniu. W moim przypadku, akurat tylko dla jednej osoby, Asi, jest zarezerwowane to słowo, ponieważ dla samej mnie ma ono ogromną wartość, bo wiem że jest jedną z niewielu osób, którą mogłabym obdarzyć równie silnym zaufaniem, wsparciem, wiernością i bezinteresownością.

Zaczynając wszystko od początku, z Asią poznałyśmy się w gimnazjum i jesteśmy poniekąd dowodem na to, że nie każda przyjaźń musi zacząć się jak i również zakończyć w gimnazjum, które z roku na rok wydaje się mieć coraz gorszą opinię. 3 lata temu szczęśliwym trafem przydzielono nas do tej samej klasy, więc wcześniej nie miałam najmniejszego pojęcia o jej istnieniu, jak i ona o moim. Poznałyśmy się dosyć szybko, pamiętam, że była jedną z pierwszych nowych mi osób, do których podchodziłam i witałam się, ponieważ drugą połowę mojej klasy znałam całą podstawówkę z czego niezmiernie się cieszyłam, ale że tak powiem cierpiałam na brak nowego towarzystwa. Po upływie semestru zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że nazwanie Asi koleżanką z klasy mija się kompletnie z celem. Byłam prawie pewna, że osoby poświęcające sobie większość czasu, nie tylko tego szkolnego, ale również wolnego, znakomicie dogadujące się i rewelacyjnie czujące w swoim towarzystwie, nie mogą nagle odpuścić i poprzestać na zwykłym "cześć cześć" na korytarzu. Nieskromnie mówiąc już kolejny raz upewniłam się, że do takich spraw rzeczywiście mam nosa, ale wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że okaże się to najlepszą sprawą dotychczas. Być może, dlatego że pół roku to wcale niedługo, a żeby stworzyć coś o czym zaraz opowiem, potrzeba było, a wprawdzie to nadal potrzeba jeszcze więcej lat.
 
Bardzo trudno jest tutaj opisywać te wszystkie spotkania, wyjazdy, momenty i chwile, które były główną przyczyną złączenia nas w ciągu całego gimnazjum. Tak naprawdę nie o tym dziś chciałam napisać, nie o wspólnych obozach, sylwestrach, wycieczkach, wyjściach na miasto i stu innych rzeczach, których siłą wyższą musiało być od groma. Przypuszczam, że raczej każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że podczas wspólnych 3 lat, nie tylko moich i Asi, ale wszystkich zaprzyjaźnionych ludzi, tych wrażeń z dnia na dzień doświadcza się coraz więcej, co jest chyba rzeczą naturalną? Wolałabym teraz raczej skupić się i opisać chociażby dla samej siebie tę drugą stronę przyjaźni, która nie liczy godzin, dni i miesięcy, ale pokazuje, co wtedy dzieje się z człowiekiem od środka. Dlatego przede wszystkim zacznę od tego, że to niesamowite uczucie budzić się z myślą, że ma się przyjaciółkę, której podarowałbyś wszystko, a to i tak by było za mało. To jest wręcz niewiarygodne, że jeden człowiek potrafi zaciekawić Cię swoją osobowością i charakterem w taki sposób, że dzielnie wyczekujesz nowego dnia, by zobaczyć go i już na samym początku spotkać się z tym charakterystycznym wzrokiem, który wyraża więcej niż jakiekolwiek słowa. Ja mogę opisywać, wy możecie opisywać, a to i tak nie będzie ani jeden procent tego co pośród nas w takich chwilach się dzieje, bo ubranie tego w słowa jest rzeczą wręcz niemożliwą, a przynajmniej trudną do wykonania, bo to co łączy nas, jest tylko nasze i nikogo innego, tylko dokładnie te dwie osoby są w stanie pojąć co między nimi się odbywa. Ponadto szczerze liczę, że każdy kiedyś znajdzie taką osobę, każdy i to bez żadnego wyjątku, przecież te wszystkie trudy nie równają się ze szczęściem, którym codziennie możemy obdarzać drugiego człowieka, wybierać z siebie wszystko co najlepsze właśnie dla niego. I muszę wam powiedzieć, że to piękne, lecz zarazem smutne jak człowiek przywiązuje się do drugiej osoby, chce zdobyć dla niej wszystko, nie może spać po nocach, przejmuje się każdym najmniejszym wypowiedzianym słówkiem i boi, że nagle obudzi się w środku nocy i nie będzie nikogo przy nim.
Być może mój szczęśliwy traf polegał na tym, że przez całe życie dorastałam w przekonaniu, że największym szczęściem jakie może nas spotkać to zetknięcie się z odpowiednią osobą w odpowiednim czasie. Bardzo prawdopodobne jest to, że poznając Asię 5 lat wcześniej przeszłabym obok niej obojętnie, a jeśli nawet nie to z wysoko zadartym nosem nie zwracając absolutnie uwagi na to ile bym w tamtym momencie zaprzepaściła. Zapewne żyłabym dalej własnymi sprawami, chodziła własnymi ścieżkami i nawet przez myśl by mi nie przeszło, że moje przekonanie "jak nie tak osoba, to inna" jest niesamowicie mylne. Asia nauczyła mnie wielu wspaniałych rzeczy, a uściślając to w zasadzie podarowała mi je, od tych najmniejszych błahostek po konkretne cechy i zachowania, które do tej pory w niej podziwiam. Zmieniła we mnie tyle, ile nikt inny nie byłby w stanie. Do tej pory zachodzę w głowę czy to w ogóle miało prawo się stać? Taką totalną moją metamorfozę pod wpływem drugiej osoby nadal uważam wręcz za niemożliwą, ponieważ szczerze przyznam, że jestem straszliwie, aż do bólu nieustępliwą i zawziętą osobą. Jeszcze kilka lat temu wychodziłam z założenia, że nie do końca warto starać się o innych w stu procentach, lecz faktem było to, że zawsze starałam się służyć pomocą, myśleć o innych, nie nasiąkać egoizmem, ale nie do przesady. Skoro była jedna osoba, to będzie przecież i druga, wtedy tak twierdziłam. A tu nagle na moje szczęście wyciągnęłam rękę w stronę Asi i przekonałam się, że żadnym sposobem nie da się jej zabrać z powrotem. 

Ona jest zbyt bardzo wartościowym człowiekiem by można ją było postrzegać inaczej niż ja to robię. Czasami dochodzę do wniosku, że to przyjście do szkoły, przywitanie się z nią nie przysparza mi nowych emocji, jest codziennością, taką rutyną, w którą w każdym dniu coraz bardziej popadam. Ja doskonale wiem, że my możemy się kłócić, że to właśnie ja spośród nas dwóch cierpię na śladowe okazywanie emocji, to właśnie ja częściej wybucham święcie przekonana, ze wina nie leży po mojej stronie. Po czasie orientuję się, ze jestem tak samo winna, ale cóż, to efekty mojej zarozumiałości. Mimo wszystko sam fakt, że nie zniszczyłam naszej więzi, graniczy wręcz z cudem, bo mimo pozorów cholernie jestem zaangażowana, nawet gdy nie mam ochoty nic zmieniać czy poprawiać. To jest wielkim paradoksem, którego nie umiem wyjaśnić. Jak można czuć się oddanym całym sercem drugiej osobie przy równoczesnym nie wnoszeniu nic nowego? Może dlatego, że jestem przyzwyczajona, Ty również jesteś, bo pomimo mojego zawziętego charakteru, gdy pojawiają się przeszkody, zawsze końcowy efekt okazuję się być taki sam. Jest idealnie. I będzie. Jesteś najwspanialszą osobą, której podarowałabym wszystko. I nikt tego nie zmieni, jeżeli my samych siebie nie zniszczymy nikt inny tego nie zrobi, prawda Asiu? 

February 17 2017

15:35

po 3, 4 latach

jestem na studiach 1 rok filo polo - nie było mnie tu bodajże od końca gimnazjum - szmat czasu! chce napisać o tych 3 latach liceum, że to co sie działo w szkole średniej jest nieporównywalne do lat gimnazjalnych. 
trafilam na soupa przez przypadek i przez przypadek piszę tu krótką notkę by nie uległo nic zapomnieniu
nie bede opisywac wydarzeń od lat licealnych bo nie starczyłoby strony - tak naprawdę sama w domyśle wiem, o co mi chodzi i nie chce o tym pisać
zdjęcia na komputerze, rozmowy na facebooku mówią wszystko
tęsknie za czasami licealnymi, niektórych rzeczy sie wstydze, ale przede wszystkim ciesze się, że ŻYŁAM
 nie będe również komentowac wpisów sprzed kilku lat bo chyba nie wymagaja komentarza XD jednak fajnie zostawić je i pośmiać się z moich stanów w okresie gimnazjum, fajna pamiątka :)
wracając już na sam koniec - ciesze się, że chociaż trochę żyłam w liceum i chciałąbym doświadczyć podobnych stanów jak wtedy. podobnych LUDZI, A MOŻE NAWET TYCH SAMYCH ZNOWU SPOTKAĆ, BY BYŁO JAK WCZEŚNIEJ? PATRZĄC NA POPRZEDNIE WPISY WSZYSTKO CO PISAŁAM, SIEDZIAŁO MI GŁĘBOKO W SERCU I JEŻELI MOGŁABYM JESZCZE RAZ TO PRZEŻYC - TO O CZYM CIAGLE MYŚLĘ I NIE DAJE MI SPOKOJU PRZESZŁOŚĆ  - TO BŁAGAM BOŻE, NIECH TO SIĘ WYDARZY, W JAKIKOLWIEK SPOSÓB WRÓCIĆ NA CHWILĘ DO TAMTYH MIEJSC I LUDZI, O KTÓRYCH ANI RAZU NIE NAPISAŁAM, ALE MYŚLĘ CODZIENNIE

chaotycznie - pisze impulsywnie bo wiem o co mi chodzi w tym danym momencie - wierzę, że ułoży się i chociaż po części spełnią moje myśli i wspomnienia wrócą do życia realnego - jeżeli mam czelność kogoś prosić a właściwie BŁAGAĆ o to z całego serca, to BŁAGAM Ciebie Boże - tak Ciebie. Boże. 
kocham Cię

October 22 2014

17:35
2073 18f2 375
Reposted fromdeviate deviate viamankaa mankaa
17:35
2363 6da7 375
Reposted fromamatore amatore viamankaa mankaa
17:35
8346 ab73 375
Reposted fromflesz flesz viamankaa mankaa
17:35
2572 5743 375
Reposted fromsubiektywne subiektywne viamankaa mankaa
17:35
17:35
17:35
1247 c75c 375
Reposted fromsaschelina saschelina viamankaa mankaa
17:35
4754 bc7c 375
Reposted frominsidemysoul insidemysoul viamankaa mankaa
17:34
7935 d145 375
Reposted fromkjuik kjuik viaminu minu
17:34
7395 44a0 375
Reposted fromamatore amatore viamankaa mankaa
17:34
0844 b1df 375
Reposted fromcallitwhatyouwant callitwhatyouwant viamankaa mankaa
17:33
6469 328a 375
Reposted frommelanchujnia melanchujnia viamankaa mankaa
17:33
2560 a6b5 375
Reposted fromNSFWcontent NSFWcontent viamankaa mankaa
17:33
6069 b482 375
Reposted fromsweaterWeatherr sweaterWeatherr viamankaa mankaa
17:33
3887 4b54 375
Reposted fromrazzmatazz razzmatazz viamankaa mankaa
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl